Bilecik z nocnej szafki
dziś o poranku
codziennym zwyczajem
rozwalasz moją psychikę
ciśnienie podnosząc
lepiej niż kawa
potokiem słów
tłoczysz w mój umysł
głupie pieprzenie
miłości niespełnionej
związkiem z facetem
nie tym co trzeba
nocą pływasz
na falach uczucia
ulegle pozwalasz
wyciszyć burzę
z dzikością tornada
na twoich biodrach
rozrywam w strzępy
nawałnice pożądania
tym wścieklej
kocham
coraz głębiej
mocniej
co noc
Mount Everest
sobota, 29 października 2011
piątek, 28 października 2011
"Zapite" drzwi
wspomnienie
patrze przed siebie
mimo że łąki zielone
i lasu w oddali szary dach
to obraz w żrenicach
nie piękny krajobraz
lecz przeszłości mapa
przebytych dróg
i chciałbym krzyknąć
w niebiosa
po chuj mi to wszystko
tułaczej wędrówki los
upadki i wzloty
pod wozem i na wóz
dziś z tą
jutro z tamtą
bawię się w dom
a ta pierwsza
najpiękniejsza
i twarz
i miłość
i droga
patrze przed siebie
mimo że łąki zielone
i lasu w oddali szary dach
to obraz w żrenicach
nie piękny krajobraz
lecz przeszłości mapa
przebytych dróg
i chciałbym krzyknąć
w niebiosa
po chuj mi to wszystko
tułaczej wędrówki los
upadki i wzloty
pod wozem i na wóz
dziś z tą
jutro z tamtą
bawię się w dom
a ta pierwsza
najpiękniejsza
i twarz
i miłość
i droga
Oj,dupy...dupy
pragnienie miłości
dziś naga usiadłaś
na klawiaturę
i słowami
mam już dość
twojego pisania i chlania
zajmij się dzisiaj mną
napisz w końcu wiersz
o ustach co pragną
umrzeć co dzień
na moich piersiach
pisz piórem pocałunku
rozpierdol mnie całą po fundamenty
i nowy połóż kamień węgielny
pod miłość
tak cię kocham
odszczepieńcu
oderwany od świata
wariacie
jesteś mój
aż do trumny
i wbiję ostatni gwóżdż
a grabarz zasypie
któreś z naszych ciał
tyle lat
rozkochanych
a tacy młodzi
byliśmy
w parku alejkach
pierwszy niewinny pocałunek
gdzieś przy klonie
podniosłeś liść
ucałowałeś
szepcąc
najdroższa
weż złotą miłość
z mych rąk
Tam nie ma mostów...i drugiej Irlandii nikt wam nie zbuduje...
Z pamiętnika emigranta-totalnie poczochrany życiem z grzebieniem szczerbatym zdycham na jakimś zadupiu z braku laku wspominam przeszłość rumuńskie księżniczki bzykane w burdelu i szczere zapewnienie alfonsa -tylko sam Wasilijas ich dymał do dziś się uśmiecham widząc jego poważną minę skurwysyn to był dopiero goguś pamiętam polaka na cyku z reklamówką zakrwawioną świńskim ryjem na galaretę i paru zapitych co już nigdy nie wstaną zobaczyć rodaka i mieć jakiś wybór nierealne marzenie nawet etiopia cię nie przyjmie a on kutas pozna cię z daleka chałapa rozdarta i te jego ziomuś- -masz fajki ziomuś!? pierwsza myśl wywalić mu parę lodów na łeb żeby spłynął na chodnik upierdolił się we własnym moczu a druga że może to Jezus więc dajesz mu dolara on odchodzi i chuj sobie myśli świat jest pełen frajerów
Lubisz poniedziałek?
Poniedziałek lekarstwem na niedzielę
urwany film wczorajszej libacji
otwiera opornie archiwa pamięci
stop klatki ubrane na cebulę
nakładają się na siebie
od dupy strony
trzęsienie ziemi dudni w głowie
przymus bezwzględny
wybiec do wyjścia na świat
pierwszy problem wali w nos
na dzień dobry niewłaściwym pinem
blokuje bankomat
kurwa
kolejka niecierpliwych
zirytowanym wzrokiem biczuje plecy
mam ich w dupie
najważniejsze kupić pół litra
papierosy i kawę
podstawowe artykuły
odwróconych wartości
uczucie szczęścia
wypełnia po brzegi reklamówkę
nie było w aptece kolejki
weteranów i kobiet w ciąży
farmaceuta bez zdziwka
wydał mi ze stówy
garść drobniaków
i dwa banknoty
będą szeleścić parę godzin
nim szeptucha wypisze
następną receptę
pośpieszny powrót do domu
labiryntem znanej drogi
jeszcze zośka postawi dozowniki
i rura do dechy gaz
miniemy opłotki poranka
patrząc na siebie bez wyrzutów
zaleczymy nieuleczalną
infekcję z młodych lat
uśmiechem w chorobie
toastem witam dzień
Zocha!Dupo ty moja!
twojego męża zdrowie!
no co?
nie ta dziurka?
-żartowałem
klepię ją w plecy
nic tylko pogratulować
urwany film wczorajszej libacji
otwiera opornie archiwa pamięci
stop klatki ubrane na cebulę
nakładają się na siebie
od dupy strony
trzęsienie ziemi dudni w głowie
przymus bezwzględny
wybiec do wyjścia na świat
pierwszy problem wali w nos
na dzień dobry niewłaściwym pinem
blokuje bankomat
kurwa
kolejka niecierpliwych
zirytowanym wzrokiem biczuje plecy
mam ich w dupie
najważniejsze kupić pół litra
papierosy i kawę
podstawowe artykuły
odwróconych wartości
uczucie szczęścia
wypełnia po brzegi reklamówkę
nie było w aptece kolejki
weteranów i kobiet w ciąży
farmaceuta bez zdziwka
wydał mi ze stówy
garść drobniaków
i dwa banknoty
będą szeleścić parę godzin
nim szeptucha wypisze
następną receptę
pośpieszny powrót do domu
labiryntem znanej drogi
jeszcze zośka postawi dozowniki
i rura do dechy gaz
miniemy opłotki poranka
patrząc na siebie bez wyrzutów
zaleczymy nieuleczalną
infekcję z młodych lat
uśmiechem w chorobie
toastem witam dzień
Zocha!Dupo ty moja!
twojego męża zdrowie!
no co?
nie ta dziurka?
-żartowałem
klepię ją w plecy
nic tylko pogratulować
Kadry pergaminowanego aniołka
Kadry pergaminowego aniołka
Tłum pijaków pod sklepem,
rozwałkowane twarze.
Rak płuc. W szalonym pluciu.
Ścieli się bregdensem na chodniku
młody starzec.Padaczkowy rytm.
Pierwszy rzut.Godzina świtu.
Następni kładą łby. Na stole
butelki i kipy w symbiozie.
Szukają miejscówki do snu.
Rzut drugi.Obiadowa pora
przychodzi ostatnia.Matka
jednego ciągnie za łeb.
Spojrzenia zazdrości.Przykryte
ironicznym uśmiechem.Maska
twardości ukazuje łzy.Dziecko
wpatrzone w obrazy nędzy.Prosi
się świnia sąsiada.Kup mu lizaka.
Pergaminowy aniołek odszedł
z niczym.Niezmącona codzienność.
Rzut trzeci.Powrót ojca.Potworny
smród.Modlitwy o ciszę bez odbioru.
Skrzydła anioła tracą piórka. Każdej
nocy inna bajka zabiera marzenia.
Dziewczyny z krainy bajek...
nie ma Romea i Juli
noc ci wpina
gwiazdy we włosy
księżyc srebro
na usta kładzie
w pocałunkach przemierzam szczyty
gorących piersi zmysłowe wulkany
patrzysz na mnie
z uśmiechem mówiąc
przestań pieprzyć
te głodne kawałki
dobre dla dziewczyn
z krainy bajek
chodz i zrób robotę
porządnie mnie przeleć
Dokładnie!
raz przy razie!
ty mój poeto
Ooooooo!
teraz rozumiesz?
prawdziwy wiersz!
recytujmy
inwokacja już była
noc ci wpina
gwiazdy we włosy
księżyc srebro
na usta kładzie
w pocałunkach przemierzam szczyty
gorących piersi zmysłowe wulkany
patrzysz na mnie
z uśmiechem mówiąc
przestań pieprzyć
te głodne kawałki
dobre dla dziewczyn
z krainy bajek
chodz i zrób robotę
porządnie mnie przeleć
Dokładnie!
raz przy razie!
ty mój poeto
Ooooooo!
teraz rozumiesz?
prawdziwy wiersz!
recytujmy
inwokacja już była
Spacerkiem po parku....
Spotkanie z nieznajomą
spotkaliśmy się przypadkiem
wieczorową porą
na pustym chodniku
resztki lata
niosłaś na stopach
wysoki obcas
dodawał smukłości
nieziemsko zgrabnym nogom
w twoim wzroku
płonęły ogniki
a usta koloru jarzębin
malowały obrazy uśmiechu
połyskując zmysłowością
wilgotnych warg
wziąłem cię za rękę
i szliśmy obok siebie
gorączka oddechów
magnetycznym biciem serc
sięgnęła apogeum
przy parkowym drzewie
oparta o pień
wyszeptałaś
weż mnie
w zapomnieniu
nie pytaj o imię
tak po prostu
wypełnij pustkę
pod pajęczą sukienką
w mojej dłoni
płonęło jej łono
drżące ciało
stapiało się w jedność
na tropikach piersi
i chłodzie krągłych pośladków
kreśliłem współrzędne
paraboli lotu
wbrew logice czasoprzestrzeni
wzniosła się na wyżyny
galaktycznego pożądania
międzygwiezdnej podróży
słowo-Rżnij!
nabrało nowego
intymnego znaczenia
ona oparta o pień brzozy
i ja rozpalony ekstazą
wystrzeliłem w kosmos
miłosnego szczytowania
srebrzysty warkocz
komety halleya
przy tym
to pikuś
po achach
i ochach
w delikatnych pocałunkach
uściskach dłoni
-chwila ciszy
Burza braw!
tak!
to pijany menel
zbudzony opodal
klaszcze w dłonie
ja pierdole
to była jazda
łyknął wino
i położył się spać
zadowolony
z kina
a my?
a my zrobiliśmy
to jeszcze raz
pod innym drzewem
w innej pozycji
69 ?
wszystko możliwe
:)
Życie....
Skazany na Shawshank
z miejskich pól południa
krokiem niewolnika wracam do chaty
biczowany uliczną reklamą
nucę work songi
krok dalej półnaga diva
zachęca żony przebrane za panny
do kupna wibratorów
strefa lasów sromotnikowych płonie
strażackie sikawki wymiękły
podwiązane nasieniowody
ograniczonych możliwości
pokornie zakraplać
czy wyskoczyć oknem
zestresowany
sam już nie wiem co robić
z witryny kiosku
goła mucha
rozstrzelała z CKMu
pół chodnika męskich twarzy
przetrwali jedynie członkowie
ruchu oporu
i ja
osiedlowy redaktor
piwnicznej gazetki ściennej
druga połowa żeńskich pasztetów
bez atrybutów kobiecości w ofercie
wzięła ją na bagnety zazdrosnych oczu
w domu nakręcą machinę kłamstwa
lawiną żądań i terrorem
wymuszą odpowiedz
-kochanie jak ci się podobam?
-piękna jesteś!
(zjadłaś tylko dwanaście kotletów!)
poniesie echo
w eter próżnej głowy
bez mrugnięcia okiem
z grymasem uśmiechu na twarzy
zawyje dusza nocą listopadową
rewolucyjnym nastrojem
spontanicznym odruchem
zawracam na pięcie
kupuję loda z dodzią
ciężki karabin maszynowy
pół litra i cztery piwa
teraz zastrzelę żonę
i teściową
jedną gazetą
z pełnym wzwodem pierdolnę flachę
i cztery piwa spokojnie odwrócą role
Ziemniaki obrane?!
To ruszyć dupy
i wynieść śmieci!
bastylia zdobyta
jaja dudnią jak dzwony
republika
czy reżim kadafiego
Wybierać!
Dupy,moje dupy,dupy i dupeczki
krzyki pijaka kołysanką dla obywatela
w ciemnej nocy
wilgotnej ulicy
oślizły bruk
oplutym językiem
liże podeszwy
zapijaczonych butów
na koślawych nogach
niesionych promilami
rozkołysany tułów
okryty bladym
światłem latarni
gaśnie na oddechu
parującym wódą
rozcinany zębami neonów
obraz śmierdzącego miasta
szeleści prutą folią
zimny pisk szczurów
zmieszany z wyciem
bezdomnych psów
tonie w pijackiej piosence
niesionej krzykliwie
do okien
dupy moje dupy
dupy i dupeczki
śpijta kurwa łachmany
pedalskie
dziady wy
polewaj nie pytaj
my polacy
w ciemnej nocy
wilgotnej ulicy
oślizły bruk
oplutym językiem
liże podeszwy
zapijaczonych butów
na koślawych nogach
niesionych promilami
rozkołysany tułów
okryty bladym
światłem latarni
gaśnie na oddechu
parującym wódą
rozcinany zębami neonów
obraz śmierdzącego miasta
szeleści prutą folią
zimny pisk szczurów
zmieszany z wyciem
bezdomnych psów
tonie w pijackiej piosence
niesionej krzykliwie
do okien
dupy moje dupy
dupy i dupeczki
śpijta kurwa łachmany
pedalskie
dziady wy
polewaj nie pytaj
my polacy
Subskrybuj:
Posty (Atom)


