sobota, 29 października 2011

Alpinistyka....

Bilecik z nocnej szafki




dziś o poranku
codziennym zwyczajem
rozwalasz moją psychikę
ciśnienie podnosząc
lepiej niż kawa

potokiem słów
tłoczysz w mój umysł
głupie pieprzenie
miłości niespełnionej
związkiem z facetem
nie tym co trzeba

nocą pływasz
na falach uczucia
ulegle pozwalasz
wyciszyć burzę

z dzikością tornada
na twoich biodrach
rozrywam w strzępy
nawałnice pożądania

tym wścieklej
kocham

coraz głębiej
mocniej

co noc
Mount Everest

piątek, 28 października 2011

"Zapite" drzwi

wspomnienie


patrze przed siebie
mimo że łąki zielone
i lasu w oddali szary dach
to obraz w żrenicach
nie piękny krajobraz
lecz przeszłości mapa
przebytych dróg

i chciałbym krzyknąć
w niebiosa
po chuj mi to wszystko
tułaczej wędrówki los
upadki i wzloty
pod wozem i na wóz
dziś z tą
jutro z tamtą
bawię się w dom

a ta pierwsza
najpiękniejsza

i twarz
i miłość
i droga

Oj,dupy...dupy







pragnienie miłości



dziś naga usiadłaś
na klawiaturę
i słowami
mam już dość

twojego pisania i chlania
zajmij się dzisiaj mną
napisz w końcu wiersz
o ustach co pragną
umrzeć co dzień

na moich piersiach
pisz piórem pocałunku
rozpierdol mnie całą po fundamenty
i nowy połóż kamień węgielny
pod miłość

tak cię kocham
odszczepieńcu

oderwany od świata
wariacie

jesteś mój
aż do trumny
i wbiję ostatni gwóżdż
a grabarz zasypie
któreś z naszych ciał
tyle lat
rozkochanych

a tacy młodzi
byliśmy
w parku alejkach
pierwszy niewinny pocałunek
gdzieś przy klonie
podniosłeś liść

ucałowałeś
szepcąc
najdroższa
weż złotą miłość
z mych rąk

Tam nie ma mostów...i drugiej Irlandii nikt wam nie zbuduje...

Z pamiętnika emigranta-
totalnie poczochrany życiem z grzebieniem szczerbatym zdycham na jakimś zadupiu z braku laku wspominam przeszłość rumuńskie księżniczki bzykane w burdelu i szczere zapewnienie alfonsa -tylko sam Wasilijas ich dymał do dziś się uśmiecham widząc jego poważną minę skurwysyn to był dopiero goguś pamiętam polaka na cyku z reklamówką zakrwawioną świńskim ryjem na galaretę i paru zapitych co już nigdy nie wstaną zobaczyć rodaka i mieć jakiś wybór nierealne marzenie nawet etiopia cię nie przyjmie a on kutas pozna cię z daleka chałapa rozdarta i te jego ziomuś- -masz fajki ziomuś!? pierwsza myśl wywalić mu parę lodów na łeb żeby spłynął na chodnik upierdolił się we własnym moczu a druga że może to Jezus więc dajesz mu dolara on odchodzi i chuj sobie myśli świat jest pełen frajerów

Lubisz poniedziałek?

Poniedziałek lekarstwem na niedzielę



urwany film wczorajszej libacji
otwiera opornie archiwa pamięci
stop klatki ubrane na cebulę
nakładają się na siebie
od dupy strony

trzęsienie ziemi dudni w głowie
przymus bezwzględny
wybiec do wyjścia na świat
pierwszy problem wali w nos
na dzień dobry niewłaściwym pinem
blokuje bankomat

kurwa
kolejka niecierpliwych
zirytowanym wzrokiem biczuje plecy
mam ich w dupie
najważniejsze kupić pół litra
papierosy i kawę
podstawowe artykuły
odwróconych wartości

uczucie szczęścia
wypełnia po brzegi reklamówkę
nie było w aptece kolejki
weteranów i kobiet w ciąży
farmaceuta bez zdziwka
wydał mi ze stówy
garść drobniaków
i dwa banknoty
będą szeleścić parę godzin
nim szeptucha wypisze
następną receptę

pośpieszny powrót do domu
labiryntem znanej drogi
jeszcze zośka postawi dozowniki
i rura do dechy gaz
miniemy opłotki poranka
patrząc na siebie bez wyrzutów
zaleczymy nieuleczalną
infekcję z młodych lat

uśmiechem w chorobie
toastem witam dzień
Zocha!Dupo ty moja!
twojego męża zdrowie!

no co?
nie ta dziurka?
-żartowałem
klepię ją w plecy

nic tylko pogratulować

Kadry pergaminowanego aniołka


Kadry pergaminowego aniołka


Tłum pijaków pod sklepem,
rozwałkowane twarze.
Rak płuc. W szalonym pluciu.
Ścieli się bregdensem na chodniku
młody starzec.Padaczkowy rytm.

Pierwszy rzut.Godzina świtu.
Następni kładą łby. Na stole
butelki i kipy w symbiozie.
Szukają miejscówki do snu.

Rzut drugi.Obiadowa pora
przychodzi ostatnia.Matka
jednego ciągnie za łeb.
Spojrzenia zazdrości.Przykryte
ironicznym uśmiechem.Maska
twardości ukazuje łzy.Dziecko
wpatrzone w obrazy nędzy.Prosi
się świnia sąsiada.Kup mu lizaka.
Pergaminowy aniołek odszedł
z niczym.Niezmącona codzienność.

Rzut trzeci.Powrót ojca.Potworny
smród.Modlitwy o ciszę bez odbioru.
Skrzydła anioła tracą piórka. Każdej
nocy inna bajka zabiera marzenia.

Dziewczyny z krainy bajek...

nie ma Romea i Juli


noc ci wpina
gwiazdy we włosy
księżyc srebro
na usta kładzie
w pocałunkach przemierzam szczyty
gorących piersi zmysłowe wulkany

patrzysz na mnie
z uśmiechem mówiąc
przestań pieprzyć
te głodne kawałki
dobre dla dziewczyn
z krainy bajek

chodz i zrób robotę
porządnie mnie przeleć
Dokładnie!
raz przy razie!

ty mój poeto

Ooooooo!
teraz rozumiesz?

prawdziwy wiersz!

recytujmy
inwokacja już była

Spacerkiem po parku....

Spotkanie z nieznajomą spotkaliśmy się przypadkiem wieczorową porą na pustym chodniku resztki lata niosłaś na stopach wysoki obcas dodawał smukłości nieziemsko zgrabnym nogom w twoim wzroku płonęły ogniki a usta koloru jarzębin malowały obrazy uśmiechu połyskując zmysłowością wilgotnych warg wziąłem cię za rękę i szliśmy obok siebie gorączka oddechów magnetycznym biciem serc sięgnęła apogeum przy parkowym drzewie oparta o pień wyszeptałaś weż mnie w zapomnieniu nie pytaj o imię tak po prostu wypełnij pustkę pod pajęczą sukienką w mojej dłoni płonęło jej łono drżące ciało stapiało się w jedność na tropikach piersi i chłodzie krągłych pośladków kreśliłem współrzędne paraboli lotu wbrew logice czasoprzestrzeni wzniosła się na wyżyny galaktycznego pożądania międzygwiezdnej podróży słowo-Rżnij! nabrało nowego intymnego znaczenia ona oparta o pień brzozy i ja rozpalony ekstazą wystrzeliłem w kosmos miłosnego szczytowania srebrzysty warkocz komety halleya przy tym to pikuś po achach i ochach w delikatnych pocałunkach uściskach dłoni -chwila ciszy Burza braw! tak! to pijany menel zbudzony opodal klaszcze w dłonie ja pierdole to była jazda łyknął wino i położył się spać zadowolony z kina a my? a my zrobiliśmy to jeszcze raz pod innym drzewem w innej pozycji 69 ? wszystko możliwe :)

Życie....

Skazany na Shawshank z miejskich pól południa krokiem niewolnika wracam do chaty biczowany uliczną reklamą nucę work songi krok dalej półnaga diva zachęca żony przebrane za panny do kupna wibratorów strefa lasów sromotnikowych płonie strażackie sikawki wymiękły podwiązane nasieniowody ograniczonych możliwości pokornie zakraplać czy wyskoczyć oknem zestresowany sam już nie wiem co robić z witryny kiosku goła mucha rozstrzelała z CKMu pół chodnika męskich twarzy przetrwali jedynie członkowie ruchu oporu i ja osiedlowy redaktor piwnicznej gazetki ściennej druga połowa żeńskich pasztetów bez atrybutów kobiecości w ofercie wzięła ją na bagnety zazdrosnych oczu w domu nakręcą machinę kłamstwa lawiną żądań i terrorem wymuszą odpowiedz -kochanie jak ci się podobam? -piękna jesteś! (zjadłaś tylko dwanaście kotletów!) poniesie echo w eter próżnej głowy bez mrugnięcia okiem z grymasem uśmiechu na twarzy zawyje dusza nocą listopadową rewolucyjnym nastrojem spontanicznym odruchem zawracam na pięcie kupuję loda z dodzią ciężki karabin maszynowy pół litra i cztery piwa teraz zastrzelę żonę i teściową jedną gazetą z pełnym wzwodem pierdolnę flachę i cztery piwa spokojnie odwrócą role Ziemniaki obrane?! To ruszyć dupy i wynieść śmieci! bastylia zdobyta jaja dudnią jak dzwony republika czy reżim kadafiego Wybierać!

Dupy,moje dupy,dupy i dupeczki

krzyki pijaka kołysanką dla obywatela

w ciemnej nocy
wilgotnej ulicy
oślizły bruk
oplutym językiem
liże podeszwy
zapijaczonych butów
na koślawych nogach
niesionych promilami
rozkołysany tułów
okryty bladym
światłem latarni
gaśnie na oddechu
parującym wódą

rozcinany zębami neonów
obraz śmierdzącego miasta
szeleści prutą folią
zimny pisk szczurów
zmieszany z wyciem
bezdomnych psów
tonie w pijackiej piosence
niesionej krzykliwie
do okien

dupy moje dupy
dupy i dupeczki
śpijta kurwa łachmany
pedalskie
dziady wy
polewaj nie pytaj
my polacy