sobota, 3 grudnia 2011
Szopka
nie ma wyjscia z labiryntu
jest bezwzględny przymus
ulepić resztkę siebie
z tego co zostało
graniczy z cudem
na dzień dobry
niewłaściwym pinem
zblokowałem bankomat
kolejka niecierpliwych
wsciekłym wzrokiem
wychłostała plecy
muszę kupić pół litra
papierosy i kawę
zdenerwowany
chętnie bym ich zjebał
pozostałem człowiekiem
na skraju paniki
w ataku depresji
spadłem ze schodów
najmądrzejszy z tłumu
przyłożył kamieniem
alkoholowej choroby
przeszli nade mną
tacy dumni
i zdrowi
obrzucili gównem
kwiecistych epitetów
było tak świątecznie
bożonarodzeniowo
bankomaty rzygały królami
pastuszkowie witali
odarty ze złudzeń
stałem nad żłóbkiem
środa, 30 listopada 2011
Zombie
zombieZombie
ze świtem dnia
opada z oczu mgła
klaksony ulicy
zadzierają kołdry brzegi
kolejny dzień
blaszanym kapslem
otwiera sklepikarz
i pierwszy łyk
znajomy smak
jeży mi mózg
przenika wskroś
głodowy mulak
bez biletu
z górnej półki
kasuję
kolejne przystanki
na żądanie
błyskają fleszem
butelki dna
a rura pali
martenowskim piecem
na przekór losowi
pomyślisz-i chuj
jadę do Perth
witaj australio
dżipies i simlock
stoją pod sklepem
trzęsące dłonie-
-sponsora brak
idziemy bracia
do kiosku ruchu
wody brzozowej
butelek rząd
nie można tak tracić życia
trzeba z żywymi do przodu iść
ale czy oni
wezmą nas z sobą
bo przecież-
-każdy z nas
to trup
ze świtem dnia
opada z oczu mgła
klaksony ulicy
zadzierają kołdry brzegi
kolejny dzień
blaszanym kapslem
otwiera sklepikarz
i pierwszy łyk
znajomy smak
jeży mi mózg
przenika wskroś
głodowy mulak
bez biletu
z górnej półki
kasuję
kolejne przystanki
na żądanie
błyskają fleszem
butelki dna
a rura pali
martenowskim piecem
na przekór losowi
pomyślisz-i chuj
jadę do Perth
witaj australio
dżipies i simlock
stoją pod sklepem
trzęsące dłonie-
-sponsora brak
idziemy bracia
do kiosku ruchu
wody brzozowej
butelek rząd
nie można tak tracić życia
trzeba z żywymi do przodu iść
ale czy oni
wezmą nas z sobą
bo przecież-
-każdy z nas
to trup
DJ
DJ
przychodzimy nad ranem
kran dalej kapie
to samo łóżko
z nową twarzą
wygląda bosko
mechanicznie zmieniam płyty
otwieram butelkę
kolorując złudzenia
pukamy się do czwartej
w przerwach na siku
trochę dymu
lampka wina
wraz z naftą
gasną tematy
resztkę ciepła
wcieramy w ciała
do południa
wyczarujemy z fusów
niezgodność charakterów
nie patrząc w oczy
zamieciemy pod dywan
stertę rozczarowania
jak zwykle
nacisnę stop
trzask w głośnikach
zagłuszy kroki za drzwiami
sąsiadka krzyknie przez ścianę
kurwiarz i pijak
wysmaruję jej klamkę gównem
rozkocham
po ślubie
wyrzucę w pizdu
te płyty
naprawię kran
posadzę drzewo
niedziela, 27 listopada 2011
NAD WISŁĄ
mogiły bohaterów
pozostały bezimienne
porosną smutnymi datami
w nieśmiertelnych kalendarzach
kolejne drzewa
starte na papier
spłyną żywicą
cichą modlitwą
w stukocie czcionek
krwisto czerwonych nekrologów
szyderstwo śmierci
w bezbronnych oczach
dla jednego oddechu
drzwi dzwignęły symbole
próg był relikwią
dom
Ojczyzną
jeszcze tylko ten Krzyż
i te matki
w niemodnych beretach
ością stoją
na drodze do wolności
podeptane róże
i słoma
pozostały bezimienne
porosną smutnymi datami
w nieśmiertelnych kalendarzach
kolejne drzewa
starte na papier
spłyną żywicą
cichą modlitwą
w stukocie czcionek
krwisto czerwonych nekrologów
szyderstwo śmierci
w bezbronnych oczach
dla jednego oddechu
drzwi dzwignęły symbole
próg był relikwią
dom
Ojczyzną
jeszcze tylko ten Krzyż
i te matki
w niemodnych beretach
ością stoją
na drodze do wolności
podeptane róże
i słoma
czwartek, 17 listopada 2011
Wiersz..
dobrze jest posiedzieć
( oczywiście w barze)
więzienie to inna piłka
brzeszczot do metalu
i takie tam
smutne firanki
barmanka ma piękne cyce
można dostać zeza
między oddechem i piwem
jebnę chyba wódkę
wyłączę wyobraźnię
nalać panu jeszcze
z twoich rąk i truciznę
napisze pan o mnie wiersz
już jesteś wierszem
chodzącą treścią
w zamyśle twórczym
wywołujesz dylemat
czy zalać ci formę
pokochać
czy przejść ponad
w stosunku przerywanym
otworzyć spadochron
Kryśka
Heniek
( oczywiście w barze)
więzienie to inna piłka
brzeszczot do metalu
i takie tam
smutne firanki
barmanka ma piękne cyce
można dostać zeza
między oddechem i piwem
jebnę chyba wódkę
wyłączę wyobraźnię
nalać panu jeszcze
z twoich rąk i truciznę
napisze pan o mnie wiersz
już jesteś wierszem
chodzącą treścią
w zamyśle twórczym
wywołujesz dylemat
czy zalać ci formę
pokochać
czy przejść ponad
w stosunku przerywanym
otworzyć spadochron
Kryśka
Heniek
wtorek, 15 listopada 2011
...na skróty...
sztafeta
zawsze biegałem najszybciej
wciąż pierwszy
najlepszy
wspaniały
lecz chyba słabo trenowałem
w prawdziwym wyścigu
wypierdoliłem się wraz z życiem
na pierwszym zakręcie
na łeb spadło mi małżeństwo
samochód co wiecznie się pierdoli
raty za mieszkanie
rachunki
prąd
telefon
tablice dekalogu
skopały mi rozum
na dodatek córka
oznajmiła że w ciąże zaszła
kurwa
co za życie
codziennie oglądam
podeszwy od spodu
znowu podnieśli ceny paliwa
jutro wzrośnie akcyza
czy wejdziemy w strefę euro
polacy ruszyli do niemiec
czytam ze zwitków gazet
przybitych gwożdziem obok sedesu
spłuczka kieruje je do żródła
szambo
szambo też jest pełne
wywóz gówna
para stów
chuj
mam dość
jutro niedziela
żonka drze się z kuchni
-masz drobne na ofiarę
-tak
jutro sam się położę
wypiję ile dam radę
oddam wszystko
by stanąć na chwilę
świat niech zapierdala
ja nie biegnę
zrywam kontakt
jestem żoną alkoholika
wyznanie na zwitku
wcale się nie dziwię
podcieram tyłek
idę spać
kurwa
zapomniałem spłukać
do szamba
które to okrążenie
w dupie to mam
a żonka
-chcesz seksu
śpij
jutro ci oddam
wszystkie pieniądze
tylko śpij
-zabezpieczyłaś się
-no coś ty
musisz wyskoczyć
kurwa
mieszkam na parterze
jutro niedziela
wysłuchamy kazanie
jak miliony innych
pobiegniemy
do komunii
i komunikanta
przecelebrujemy naszą świętość
zaledwie do ławki
jeszcze krzyżyk na drogę
i start
na golgotę
żonka
-jakie jutro spodnie włożysz
te od garnituru
-nie
dżinsy
-włóż te od garnituru
kurwa
o d p i e r d o l s i ę
krzyczę całym ciałem
nie otwierając ust
komory serca drżą
komórki mózgu zalane krwią
jądra pękły
-dobrze
te od garnituru
śpij
czwartek, 10 listopada 2011
...Na wszelki wypadek...
spadek
dno szuflady
wyłożyłem piętkami
chrupiącego chleba
czas zmienia je w suchary
dla głodnych spadkobierców
myszy i moli
pełnym kieliszkiem wpływam
w ostatni wiersz
z papilarnych linii na szkle
pozostała biografia
reszta stoi pod zlewem
ułożona w chronologiczną całość
spis treści
zamkniętych rozdziałów
zaledwie cztery strony
mojego świata
to wszystko
i para butów
dno szuflady
wyłożyłem piętkami
chrupiącego chleba
czas zmienia je w suchary
dla głodnych spadkobierców
myszy i moli
pełnym kieliszkiem wpływam
w ostatni wiersz
z papilarnych linii na szkle
pozostała biografia
reszta stoi pod zlewem
ułożona w chronologiczną całość
spis treści
zamkniętych rozdziałów
zaledwie cztery strony
mojego świata
to wszystko
i para butów
Odrobina motywacji:)
Łaska
zwykły poranek
zaparza kawę
ćwierkanie wróbli
zagłusza łopot skrzydeł
zwiastowanie
kocham cię tato
dobra nowina
bosymi stópkami
rozdeptała resztki
zamyślenia na twarzy
policzki na ustach
i uśmiechu najsłodsze buziaczki
w gilgotkach radości
ciałko pachnące matką
z dziecięcą radością
przekładasz kanapki
i idziesz do roboty
nowo narodzony
Życie...po śmierci
Życie po śmierci
wzięłaś mnie za rękę
prowadząc po swoich piersiach
na każdym skrzyżowaniu
mam zielone
wyszeptałaś imię
inne niż moje
tir rozjechał mi głowę
niczego nie poczułem
teraz przechodzę na czerwonym
z piskiem hamulców
rozdarte chałapy
ślepaku
życie ci niemiłe
niedziela, 6 listopada 2011
Trochę wiary....
pasjonujące pytanie
w krzyku tłumu
światło rozpala czaszkę
zawisłeś bezimienny
nad przepaścią
postronny z pozoru
poszybujesz
za jedynym głosem
który widziałeś
przed złamaniem kolan
z piętnem startym
w obietnicy
czy to ty
a może ten drugi
kruczoczarny element
bez oka
stał prawdą
obok światła
dwa wymiary zła
na tle jednego dobra
i na odwrót
ciągła równowaga tła
co wybrać
to jak gra
w trzy karty
stawką życie
czy rozdaje szuler
w krzyku tłumu
światło rozpala czaszkę
zawisłeś bezimienny
nad przepaścią
postronny z pozoru
poszybujesz
za jedynym głosem
który widziałeś
przed złamaniem kolan
z piętnem startym
w obietnicy
czy to ty
a może ten drugi
kruczoczarny element
bez oka
stał prawdą
obok światła
dwa wymiary zła
na tle jednego dobra
i na odwrót
ciągła równowaga tła
co wybrać
to jak gra
w trzy karty
stawką życie
czy rozdaje szuler
Trochę tradycji...
Pijacka kołysanka budzikiem dla obywatela
w ciemnej nocy
wilgotnej ulicy
oślizły bruk
oplutym językiem
liże podeszwy
wysadzonych z siodła
tradycjonalistów
rozkołysane tułowia
niesione promilami
gasną w bladych
światłach latarni
na oddechach
parujących wódą
w rozcinanym zębami neonów
obrazie śmierdzącego miasta
zimny pisk szczurów
szeleści prutą folią
populistycznych czipsów
ze śmietników plugawego życia
histerycznym odruchem
pukają do okien
słowa piosenek
dupy moje dupy
dupy i dupeczki
śpijcie kurwa łachmany
pedalskie
dziady wy
polewaj nie pytaj
my Polacy
w ciemnej nocy
wilgotnej ulicy
oślizły bruk
oplutym językiem
liże podeszwy
wysadzonych z siodła
tradycjonalistów
rozkołysane tułowia
niesione promilami
gasną w bladych
światłach latarni
na oddechach
parujących wódą
w rozcinanym zębami neonów
obrazie śmierdzącego miasta
zimny pisk szczurów
szeleści prutą folią
populistycznych czipsów
ze śmietników plugawego życia
histerycznym odruchem
pukają do okien
słowa piosenek
dupy moje dupy
dupy i dupeczki
śpijcie kurwa łachmany
pedalskie
dziady wy
polewaj nie pytaj
my Polacy
środa, 2 listopada 2011
Ciężkie powroty
wycie ulicy
obudziło mnie schlanego
mętny wzrok nie doganiał ostrości
syf powietrza meliny
wgniatał moje ego
w odór pościeli
zlanej wódką
nie wiedziałem
co będzie lepsze
śmierć
czy tkwienie w wegetacji
-ja pierdole
przecież już nie żyje
-nie histeryzuj
wyszło z półświadomości
dasz radę
rusz dupę
usiadłem
przypalając papierosa
przypomniałem sobie
kurewsko piękną
towarzyszkę nocy
spotkaną wczoraj
bez przypadku
-może do niczego nie doszło
rude włosy i jej nagość przeczyły
nie mając na sobie nic
nawet wstydu
powalała
czerwienią ust
dziewczęcą jeszcze twarzą
zmieszaną z rzeczywistością
kotwiczyła mój stan
upojenia
-spierdalaj do domu
poganiany rozszczepioną jażnią
ubrałem się
uciekając przed spojrzeniem z lustra
wczołgałem się w życie
bukietem kwiatów
napiętnowany
mijając litościwe uśmiechy
podobnych sobie robali
wracałem
-ty pijaku
wyłkała żona
stawiając na stole
talerz gorącego rosołu
pachnącego rodziną
-ależ ona cierpi
chwilowa trzeżwość
wali po ryju
na odlew
-słony ten rosół
kocha mnie jeszcze
czy to jej łzy
utopione
w kółkach tłuszczu
domowej zupy
próbują obudzić sumienie
rozkołysane między udami
rudego anioła
obudziło mnie schlanego
mętny wzrok nie doganiał ostrości
syf powietrza meliny
wgniatał moje ego
w odór pościeli
zlanej wódką
nie wiedziałem
co będzie lepsze
śmierć
czy tkwienie w wegetacji
-ja pierdole
przecież już nie żyje
-nie histeryzuj
wyszło z półświadomości
dasz radę
rusz dupę
usiadłem
przypalając papierosa
przypomniałem sobie
kurewsko piękną
towarzyszkę nocy
spotkaną wczoraj
bez przypadku
-może do niczego nie doszło
rude włosy i jej nagość przeczyły
nie mając na sobie nic
nawet wstydu
powalała
czerwienią ust
dziewczęcą jeszcze twarzą
zmieszaną z rzeczywistością
kotwiczyła mój stan
upojenia
-spierdalaj do domu
poganiany rozszczepioną jażnią
ubrałem się
uciekając przed spojrzeniem z lustra
wczołgałem się w życie
bukietem kwiatów
napiętnowany
mijając litościwe uśmiechy
podobnych sobie robali
wracałem
-ty pijaku
wyłkała żona
stawiając na stole
talerz gorącego rosołu
pachnącego rodziną
-ależ ona cierpi
chwilowa trzeżwość
wali po ryju
na odlew
-słony ten rosół
kocha mnie jeszcze
czy to jej łzy
utopione
w kółkach tłuszczu
domowej zupy
próbują obudzić sumienie
rozkołysane między udami
rudego anioła
wtorek, 1 listopada 2011
Wspomnienia:)
Wspomnienia..Zawsze wracają wywołane,jakimś ulotnym impulsem..Czymś zupełnie nie zależnym od nas,nie przewidywalnym..Na przykład dzisiaj,choć były już wcześniej ,zauważyłem żółte kwiaty mleczu w trawie Rozgościły się już,jakiś czas temu,lecz dopiero teraz, przywołały obrazy z przeszłości.Przeszłości bardzo odległej,gdy będąc jeszcze ,prawie pacholęciem,hasałem po łąkach. Nasza wieś tętniła życiem.Krowy cieliły się,maciory prosiły,pieczarki leżały na na łąkach,takimi łachami,iż nie było gdzie,zrobić kupy,by nie zgrzeszyć .Ludzie zbierali koszami,jagody,jabłka,gruszki.Baby robiły pranie,na kładkach przepływającej rzeki.Moim ulubionym,no i nie tylko moim zajęciem ,było "pławienie" się ,wówczas w rzece.Na... plecach pływałem..,na brzuchu...,biłem nurki..,byle by tylko zerkać na rozdygotane piersi praczek ,naszej wioski.Płócienne koszule,nieraz, bardzo zmoczone,odsłaniały przepiękne widoki..Piersi bardziej doświadczonych,praczek,po prostu wpadały do wody,nieskrępowane żadnymi normami wstydu..te uwielbiałem najbardziej.Najgorsza to była Kryśka.Zawsze mnie przeganiała,gdy podpływałem za blisko,a było na co patrzeć.Na jej widok,mój" szczupak" zamierał w bezruchu,wyprężony jak struna do granic możliwości.Serce waliło ,jak młot mojego ojca. Oczy wyłaziły mi z orbit,tak jak jemu przy porannych wymiotach.Lecz ja ,nie charczałem,ja po prostu drżałem,łowiąc w umysł te ulotne chwile..
-pójdziesz ty mi stąd.. kurwa...zboczeńcu mały-jej głos wyrywał mnie z odrętwienia otwartej japy.-dla ojca pomagać,konie kuć,a nie mi tu gały wytrzeszczasz..pokajańcu..
A jej głos niósł się rzeką- już cała wioska wiedziała,że to Krycha pierze..
-Wacek!!Wacek!!.do domu?-wołała mnie siostra
-Zaraz..zaraz -odpowiadam,zbierając się niechętnie. Kryska wówczas zadowolona,jakby na złość jeszcze bardziej,trzęsła cycami..
Idziesz!!!czy nie idziesz?-ponaglała siostra,bo jak tato przyjdzie po ciebie...
-idę..kurwa idę-mruczałem do siebie pod nosem
Kryśka ,wówczas patrzyła na jeszcze wyprężonego "szczupaka",który szarpał się na uwiężi natury,nim opadł w siatkę majtek.
-W ojca poszedłeś...śiuraku,jak dorośniesz to całymi dniami tylko o dupach będziesz myślał...baby zadowolone będą...Świnski ogonie..
-dla ojca powiedz...Koń okulał..-on będzie wiedział co zrobić...i tak co pływanie pierdoliła mi jakieś farmazony z ich zagrody,a ojciec mój- Zenon ...dużo roboty miał u nich...Siostra zawsze,mnie wołała.. Kryśka prała..wszystko płynęło wraz rzeką...Piękne czasy..
-Wacuś!chodż do domu!-usłyszałem głos żony.Co ty tam robisz na trawniku?Zgubiłeś coś?
-Idę,idę...-odpowiedziałem, patrząc na jej stęsknioną twarz.
-lecę,-zamruczałem jeszcze do siebie,czując jak mój "szczupak",obudzony wspomnieniami,zgłodniały,wyprężył się na widok "błystki"jej zwiewnej pupy.
.
-Panie Wacku?Panie Wacku?-głoś sąsiadki z za płotu,-Bocian wypadł z gniazda!!!!
-Kurwa..znowu?-.pomyślałem
-A co ty ornitolog jesteś?-zapytała żona,ocierając się o "szczupaka",a w ucho wyszeptała:-naffffaszerrrooowaaanyyyyy...?-Czy może wolisz bym obtoczyła go w dzwonki?
Nie..pomyślałem..W dzwonki obtoczy Lucyna...z za płotu...
-pójdziesz ty mi stąd.. kurwa...zboczeńcu mały-jej głos wyrywał mnie z odrętwienia otwartej japy.-dla ojca pomagać,konie kuć,a nie mi tu gały wytrzeszczasz..pokajańcu..
A jej głos niósł się rzeką- już cała wioska wiedziała,że to Krycha pierze..
-Wacek!!Wacek!!.do domu?-wołała mnie siostra
-Zaraz..zaraz -odpowiadam,zbierając się niechętnie. Kryska wówczas zadowolona,jakby na złość jeszcze bardziej,trzęsła cycami..
Idziesz!!!czy nie idziesz?-ponaglała siostra,bo jak tato przyjdzie po ciebie...
-idę..kurwa idę-mruczałem do siebie pod nosem
Kryśka ,wówczas patrzyła na jeszcze wyprężonego "szczupaka",który szarpał się na uwiężi natury,nim opadł w siatkę majtek.
-W ojca poszedłeś...śiuraku,jak dorośniesz to całymi dniami tylko o dupach będziesz myślał...baby zadowolone będą...Świnski ogonie..
-dla ojca powiedz...Koń okulał..-on będzie wiedział co zrobić...i tak co pływanie pierdoliła mi jakieś farmazony z ich zagrody,a ojciec mój- Zenon ...dużo roboty miał u nich...Siostra zawsze,mnie wołała.. Kryśka prała..wszystko płynęło wraz rzeką...Piękne czasy..
-Wacuś!chodż do domu!-usłyszałem głos żony.Co ty tam robisz na trawniku?Zgubiłeś coś?
-Idę,idę...-odpowiedziałem, patrząc na jej stęsknioną twarz.
-lecę,-zamruczałem jeszcze do siebie,czując jak mój "szczupak",obudzony wspomnieniami,zgłodniały,wyprężył się na widok "błystki"jej zwiewnej pupy.
.
-Panie Wacku?Panie Wacku?-głoś sąsiadki z za płotu,-Bocian wypadł z gniazda!!!!
-Kurwa..znowu?-.pomyślałem
-A co ty ornitolog jesteś?-zapytała żona,ocierając się o "szczupaka",a w ucho wyszeptała:-naffffaszerrrooowaaanyyyyy...?-Czy może wolisz bym obtoczyła go w dzwonki?
Nie..pomyślałem..W dzwonki obtoczy Lucyna...z za płotu...
Pomazaniec
napiszę dla tych
co umarli
nie wierząc w gwiazdy
z pogardą na twarzy
patrzyli nam w oczy
ściętych drzew
i dżemsów dinów
już nikt nie wskrzesi
zostało słowo
śpiące w ziemi
porośnie drzewem
samotnego milczenia
obsypując wędrowców kwiatem
i dla tych napiszę
co jeszcze żyją
popłyną z nurtem
rzeki bez powrotu
ławice zdechłe
próżnej myśli
i skrzela bez oddechu
oprócz piany
fałszywej tożsamości
utoną w trupach
sztucznych wytworów
i dla siebie napiszę
pierdole ławice
wolność smakuję
jak początek życia
na pewno nie jeden
bochenek chleba
złoże w ofierze
pustemu stołowi
nakarmię nadzieją
z rondelka rozpaczy
słowami pływającymi
w pustych okach nietłustości
powierzchownej prawdy
Panie-podano
niemowlę
na twoje podobieństwo
co umarli
nie wierząc w gwiazdy
z pogardą na twarzy
patrzyli nam w oczy
ściętych drzew
i dżemsów dinów
już nikt nie wskrzesi
zostało słowo
śpiące w ziemi
porośnie drzewem
samotnego milczenia
obsypując wędrowców kwiatem
i dla tych napiszę
co jeszcze żyją
popłyną z nurtem
rzeki bez powrotu
ławice zdechłe
próżnej myśli
i skrzela bez oddechu
oprócz piany
fałszywej tożsamości
utoną w trupach
sztucznych wytworów
i dla siebie napiszę
pierdole ławice
wolność smakuję
jak początek życia
na pewno nie jeden
bochenek chleba
złoże w ofierze
pustemu stołowi
nakarmię nadzieją
z rondelka rozpaczy
słowami pływającymi
w pustych okach nietłustości
powierzchownej prawdy
Panie-podano
niemowlę
na twoje podobieństwo
Przegrani
na stole flacha
pijani siedzimy
śledz leży wbity w ceratę
z groszkiem na głowie
klipsach papryki
zastygł w bezdechu
nic już nie powie
i tylko ja
młody anioł
w zniszczonym fraku
poety
aniele kurwa
przyjacielu mój
codziennie ten sam stół
ta sama wóda
kieliszki i chleb
nocne rozmowy
bezsensu
czym kiep?
Aniele-help?
anioł spojrzał na mnie
mętną tęczówką oka
po stole pojechał
na pięcie
i woła do śledzia
poeto upadły
mówię ci wstań
lecz nie idż za mną
anioły nie lubią aniołów
wtem śledz podniósł głowę
i beknął gromko
bądż pozdrowiony
a groszek zielony
wypadł mu z włosów
uniósł go w palcach
i włożył mi w rękę
drzyj zelówy i wypad
pisz wiersze o kurwach
zauważ syfa
życie jest ciężkie
reszta to lipa
o dzieciach głodnych
matkach bez grosza
ojcach menelach
i wódzie
pamiętaj na końcu
pozostaw puentę
nadzieje ktoś znajdzie-
-podniesie
chroń nas
od nieszczęść
aniołów i śledzi
już nie ma
zapili się
w trzy dupy
nie licząc groszku
gorbaczow i gogol
stoją na stole
lermontow umarł na kiłę
spierdalaj od nas w pośpiechu
jeśli ci życie miłe
pijani siedzimy
śledz leży wbity w ceratę
z groszkiem na głowie
klipsach papryki
zastygł w bezdechu
nic już nie powie
i tylko ja
młody anioł
w zniszczonym fraku
poety
aniele kurwa
przyjacielu mój
codziennie ten sam stół
ta sama wóda
kieliszki i chleb
nocne rozmowy
bezsensu
czym kiep?
Aniele-help?
anioł spojrzał na mnie
mętną tęczówką oka
po stole pojechał
na pięcie
i woła do śledzia
poeto upadły
mówię ci wstań
lecz nie idż za mną
anioły nie lubią aniołów
wtem śledz podniósł głowę
i beknął gromko
bądż pozdrowiony
a groszek zielony
wypadł mu z włosów
uniósł go w palcach
i włożył mi w rękę
drzyj zelówy i wypad
pisz wiersze o kurwach
zauważ syfa
życie jest ciężkie
reszta to lipa
o dzieciach głodnych
matkach bez grosza
ojcach menelach
i wódzie
pamiętaj na końcu
pozostaw puentę
nadzieje ktoś znajdzie-
-podniesie
chroń nas
od nieszczęść
aniołów i śledzi
już nie ma
zapili się
w trzy dupy
nie licząc groszku
gorbaczow i gogol
stoją na stole
lermontow umarł na kiłę
spierdalaj od nas w pośpiechu
jeśli ci życie miłe
sobota, 29 października 2011
Alpinistyka....
Bilecik z nocnej szafki
dziś o poranku
codziennym zwyczajem
rozwalasz moją psychikę
ciśnienie podnosząc
lepiej niż kawa
potokiem słów
tłoczysz w mój umysł
głupie pieprzenie
miłości niespełnionej
związkiem z facetem
nie tym co trzeba
nocą pływasz
na falach uczucia
ulegle pozwalasz
wyciszyć burzę
z dzikością tornada
na twoich biodrach
rozrywam w strzępy
nawałnice pożądania
tym wścieklej
kocham
coraz głębiej
mocniej
co noc
Mount Everest
dziś o poranku
codziennym zwyczajem
rozwalasz moją psychikę
ciśnienie podnosząc
lepiej niż kawa
potokiem słów
tłoczysz w mój umysł
głupie pieprzenie
miłości niespełnionej
związkiem z facetem
nie tym co trzeba
nocą pływasz
na falach uczucia
ulegle pozwalasz
wyciszyć burzę
z dzikością tornada
na twoich biodrach
rozrywam w strzępy
nawałnice pożądania
tym wścieklej
kocham
coraz głębiej
mocniej
co noc
Mount Everest
piątek, 28 października 2011
"Zapite" drzwi
wspomnienie
patrze przed siebie
mimo że łąki zielone
i lasu w oddali szary dach
to obraz w żrenicach
nie piękny krajobraz
lecz przeszłości mapa
przebytych dróg
i chciałbym krzyknąć
w niebiosa
po chuj mi to wszystko
tułaczej wędrówki los
upadki i wzloty
pod wozem i na wóz
dziś z tą
jutro z tamtą
bawię się w dom
a ta pierwsza
najpiękniejsza
i twarz
i miłość
i droga
patrze przed siebie
mimo że łąki zielone
i lasu w oddali szary dach
to obraz w żrenicach
nie piękny krajobraz
lecz przeszłości mapa
przebytych dróg
i chciałbym krzyknąć
w niebiosa
po chuj mi to wszystko
tułaczej wędrówki los
upadki i wzloty
pod wozem i na wóz
dziś z tą
jutro z tamtą
bawię się w dom
a ta pierwsza
najpiękniejsza
i twarz
i miłość
i droga
Oj,dupy...dupy
pragnienie miłości
dziś naga usiadłaś
na klawiaturę
i słowami
mam już dość
twojego pisania i chlania
zajmij się dzisiaj mną
napisz w końcu wiersz
o ustach co pragną
umrzeć co dzień
na moich piersiach
pisz piórem pocałunku
rozpierdol mnie całą po fundamenty
i nowy połóż kamień węgielny
pod miłość
tak cię kocham
odszczepieńcu
oderwany od świata
wariacie
jesteś mój
aż do trumny
i wbiję ostatni gwóżdż
a grabarz zasypie
któreś z naszych ciał
tyle lat
rozkochanych
a tacy młodzi
byliśmy
w parku alejkach
pierwszy niewinny pocałunek
gdzieś przy klonie
podniosłeś liść
ucałowałeś
szepcąc
najdroższa
weż złotą miłość
z mych rąk
Tam nie ma mostów...i drugiej Irlandii nikt wam nie zbuduje...
Z pamiętnika emigranta-totalnie poczochrany życiem z grzebieniem szczerbatym zdycham na jakimś zadupiu z braku laku wspominam przeszłość rumuńskie księżniczki bzykane w burdelu i szczere zapewnienie alfonsa -tylko sam Wasilijas ich dymał do dziś się uśmiecham widząc jego poważną minę skurwysyn to był dopiero goguś pamiętam polaka na cyku z reklamówką zakrwawioną świńskim ryjem na galaretę i paru zapitych co już nigdy nie wstaną zobaczyć rodaka i mieć jakiś wybór nierealne marzenie nawet etiopia cię nie przyjmie a on kutas pozna cię z daleka chałapa rozdarta i te jego ziomuś- -masz fajki ziomuś!? pierwsza myśl wywalić mu parę lodów na łeb żeby spłynął na chodnik upierdolił się we własnym moczu a druga że może to Jezus więc dajesz mu dolara on odchodzi i chuj sobie myśli świat jest pełen frajerów
Lubisz poniedziałek?
Poniedziałek lekarstwem na niedzielę
urwany film wczorajszej libacji
otwiera opornie archiwa pamięci
stop klatki ubrane na cebulę
nakładają się na siebie
od dupy strony
trzęsienie ziemi dudni w głowie
przymus bezwzględny
wybiec do wyjścia na świat
pierwszy problem wali w nos
na dzień dobry niewłaściwym pinem
blokuje bankomat
kurwa
kolejka niecierpliwych
zirytowanym wzrokiem biczuje plecy
mam ich w dupie
najważniejsze kupić pół litra
papierosy i kawę
podstawowe artykuły
odwróconych wartości
uczucie szczęścia
wypełnia po brzegi reklamówkę
nie było w aptece kolejki
weteranów i kobiet w ciąży
farmaceuta bez zdziwka
wydał mi ze stówy
garść drobniaków
i dwa banknoty
będą szeleścić parę godzin
nim szeptucha wypisze
następną receptę
pośpieszny powrót do domu
labiryntem znanej drogi
jeszcze zośka postawi dozowniki
i rura do dechy gaz
miniemy opłotki poranka
patrząc na siebie bez wyrzutów
zaleczymy nieuleczalną
infekcję z młodych lat
uśmiechem w chorobie
toastem witam dzień
Zocha!Dupo ty moja!
twojego męża zdrowie!
no co?
nie ta dziurka?
-żartowałem
klepię ją w plecy
nic tylko pogratulować
urwany film wczorajszej libacji
otwiera opornie archiwa pamięci
stop klatki ubrane na cebulę
nakładają się na siebie
od dupy strony
trzęsienie ziemi dudni w głowie
przymus bezwzględny
wybiec do wyjścia na świat
pierwszy problem wali w nos
na dzień dobry niewłaściwym pinem
blokuje bankomat
kurwa
kolejka niecierpliwych
zirytowanym wzrokiem biczuje plecy
mam ich w dupie
najważniejsze kupić pół litra
papierosy i kawę
podstawowe artykuły
odwróconych wartości
uczucie szczęścia
wypełnia po brzegi reklamówkę
nie było w aptece kolejki
weteranów i kobiet w ciąży
farmaceuta bez zdziwka
wydał mi ze stówy
garść drobniaków
i dwa banknoty
będą szeleścić parę godzin
nim szeptucha wypisze
następną receptę
pośpieszny powrót do domu
labiryntem znanej drogi
jeszcze zośka postawi dozowniki
i rura do dechy gaz
miniemy opłotki poranka
patrząc na siebie bez wyrzutów
zaleczymy nieuleczalną
infekcję z młodych lat
uśmiechem w chorobie
toastem witam dzień
Zocha!Dupo ty moja!
twojego męża zdrowie!
no co?
nie ta dziurka?
-żartowałem
klepię ją w plecy
nic tylko pogratulować
Kadry pergaminowanego aniołka
Kadry pergaminowego aniołka
Tłum pijaków pod sklepem,
rozwałkowane twarze.
Rak płuc. W szalonym pluciu.
Ścieli się bregdensem na chodniku
młody starzec.Padaczkowy rytm.
Pierwszy rzut.Godzina świtu.
Następni kładą łby. Na stole
butelki i kipy w symbiozie.
Szukają miejscówki do snu.
Rzut drugi.Obiadowa pora
przychodzi ostatnia.Matka
jednego ciągnie za łeb.
Spojrzenia zazdrości.Przykryte
ironicznym uśmiechem.Maska
twardości ukazuje łzy.Dziecko
wpatrzone w obrazy nędzy.Prosi
się świnia sąsiada.Kup mu lizaka.
Pergaminowy aniołek odszedł
z niczym.Niezmącona codzienność.
Rzut trzeci.Powrót ojca.Potworny
smród.Modlitwy o ciszę bez odbioru.
Skrzydła anioła tracą piórka. Każdej
nocy inna bajka zabiera marzenia.
Dziewczyny z krainy bajek...
nie ma Romea i Juli
noc ci wpina
gwiazdy we włosy
księżyc srebro
na usta kładzie
w pocałunkach przemierzam szczyty
gorących piersi zmysłowe wulkany
patrzysz na mnie
z uśmiechem mówiąc
przestań pieprzyć
te głodne kawałki
dobre dla dziewczyn
z krainy bajek
chodz i zrób robotę
porządnie mnie przeleć
Dokładnie!
raz przy razie!
ty mój poeto
Ooooooo!
teraz rozumiesz?
prawdziwy wiersz!
recytujmy
inwokacja już była
noc ci wpina
gwiazdy we włosy
księżyc srebro
na usta kładzie
w pocałunkach przemierzam szczyty
gorących piersi zmysłowe wulkany
patrzysz na mnie
z uśmiechem mówiąc
przestań pieprzyć
te głodne kawałki
dobre dla dziewczyn
z krainy bajek
chodz i zrób robotę
porządnie mnie przeleć
Dokładnie!
raz przy razie!
ty mój poeto
Ooooooo!
teraz rozumiesz?
prawdziwy wiersz!
recytujmy
inwokacja już była
Spacerkiem po parku....
Spotkanie z nieznajomą
spotkaliśmy się przypadkiem
wieczorową porą
na pustym chodniku
resztki lata
niosłaś na stopach
wysoki obcas
dodawał smukłości
nieziemsko zgrabnym nogom
w twoim wzroku
płonęły ogniki
a usta koloru jarzębin
malowały obrazy uśmiechu
połyskując zmysłowością
wilgotnych warg
wziąłem cię za rękę
i szliśmy obok siebie
gorączka oddechów
magnetycznym biciem serc
sięgnęła apogeum
przy parkowym drzewie
oparta o pień
wyszeptałaś
weż mnie
w zapomnieniu
nie pytaj o imię
tak po prostu
wypełnij pustkę
pod pajęczą sukienką
w mojej dłoni
płonęło jej łono
drżące ciało
stapiało się w jedność
na tropikach piersi
i chłodzie krągłych pośladków
kreśliłem współrzędne
paraboli lotu
wbrew logice czasoprzestrzeni
wzniosła się na wyżyny
galaktycznego pożądania
międzygwiezdnej podróży
słowo-Rżnij!
nabrało nowego
intymnego znaczenia
ona oparta o pień brzozy
i ja rozpalony ekstazą
wystrzeliłem w kosmos
miłosnego szczytowania
srebrzysty warkocz
komety halleya
przy tym
to pikuś
po achach
i ochach
w delikatnych pocałunkach
uściskach dłoni
-chwila ciszy
Burza braw!
tak!
to pijany menel
zbudzony opodal
klaszcze w dłonie
ja pierdole
to była jazda
łyknął wino
i położył się spać
zadowolony
z kina
a my?
a my zrobiliśmy
to jeszcze raz
pod innym drzewem
w innej pozycji
69 ?
wszystko możliwe
:)
Życie....
Skazany na Shawshank
z miejskich pól południa
krokiem niewolnika wracam do chaty
biczowany uliczną reklamą
nucę work songi
krok dalej półnaga diva
zachęca żony przebrane za panny
do kupna wibratorów
strefa lasów sromotnikowych płonie
strażackie sikawki wymiękły
podwiązane nasieniowody
ograniczonych możliwości
pokornie zakraplać
czy wyskoczyć oknem
zestresowany
sam już nie wiem co robić
z witryny kiosku
goła mucha
rozstrzelała z CKMu
pół chodnika męskich twarzy
przetrwali jedynie członkowie
ruchu oporu
i ja
osiedlowy redaktor
piwnicznej gazetki ściennej
druga połowa żeńskich pasztetów
bez atrybutów kobiecości w ofercie
wzięła ją na bagnety zazdrosnych oczu
w domu nakręcą machinę kłamstwa
lawiną żądań i terrorem
wymuszą odpowiedz
-kochanie jak ci się podobam?
-piękna jesteś!
(zjadłaś tylko dwanaście kotletów!)
poniesie echo
w eter próżnej głowy
bez mrugnięcia okiem
z grymasem uśmiechu na twarzy
zawyje dusza nocą listopadową
rewolucyjnym nastrojem
spontanicznym odruchem
zawracam na pięcie
kupuję loda z dodzią
ciężki karabin maszynowy
pół litra i cztery piwa
teraz zastrzelę żonę
i teściową
jedną gazetą
z pełnym wzwodem pierdolnę flachę
i cztery piwa spokojnie odwrócą role
Ziemniaki obrane?!
To ruszyć dupy
i wynieść śmieci!
bastylia zdobyta
jaja dudnią jak dzwony
republika
czy reżim kadafiego
Wybierać!
Dupy,moje dupy,dupy i dupeczki
krzyki pijaka kołysanką dla obywatela
w ciemnej nocy
wilgotnej ulicy
oślizły bruk
oplutym językiem
liże podeszwy
zapijaczonych butów
na koślawych nogach
niesionych promilami
rozkołysany tułów
okryty bladym
światłem latarni
gaśnie na oddechu
parującym wódą
rozcinany zębami neonów
obraz śmierdzącego miasta
szeleści prutą folią
zimny pisk szczurów
zmieszany z wyciem
bezdomnych psów
tonie w pijackiej piosence
niesionej krzykliwie
do okien
dupy moje dupy
dupy i dupeczki
śpijta kurwa łachmany
pedalskie
dziady wy
polewaj nie pytaj
my polacy
w ciemnej nocy
wilgotnej ulicy
oślizły bruk
oplutym językiem
liże podeszwy
zapijaczonych butów
na koślawych nogach
niesionych promilami
rozkołysany tułów
okryty bladym
światłem latarni
gaśnie na oddechu
parującym wódą
rozcinany zębami neonów
obraz śmierdzącego miasta
szeleści prutą folią
zimny pisk szczurów
zmieszany z wyciem
bezdomnych psów
tonie w pijackiej piosence
niesionej krzykliwie
do okien
dupy moje dupy
dupy i dupeczki
śpijta kurwa łachmany
pedalskie
dziady wy
polewaj nie pytaj
my polacy
Subskrybuj:
Posty (Atom)









