sobota, 3 grudnia 2011

Szopka





nie ma wyjscia z labiryntu
jest bezwzględny przymus
ulepić resztkę siebie
z tego co zostało
graniczy z cudem

na dzień dobry
niewłaściwym pinem
zblokowałem bankomat
kolejka niecierpliwych
wsciekłym wzrokiem
wychłostała plecy

muszę kupić pół litra
papierosy i kawę
zdenerwowany
chętnie bym ich zjebał
pozostałem człowiekiem
na skraju paniki

w ataku depresji
spadłem ze schodów
najmądrzejszy z tłumu
przyłożył kamieniem
alkoholowej choroby

przeszli nade mną
tacy dumni
i zdrowi

obrzucili gównem
kwiecistych epitetów

było tak świątecznie
bożonarodzeniowo

bankomaty rzygały królami

pastuszkowie witali

odarty ze złudzeń
stałem nad żłóbkiem

środa, 30 listopada 2011

Zombie

zombieZombie

ze świtem dnia
opada z oczu mgła
klaksony ulicy
zadzierają kołdry brzegi

kolejny dzień
blaszanym kapslem
otwiera sklepikarz

i pierwszy łyk
znajomy smak
jeży mi mózg
przenika wskroś
głodowy mulak

bez biletu
z górnej półki
kasuję
kolejne przystanki
na żądanie

błyskają fleszem
butelki dna
a rura pali
martenowskim piecem

na przekór losowi
pomyślisz-i chuj
jadę do Perth
witaj australio

dżipies i simlock
stoją pod sklepem
trzęsące dłonie-
-sponsora brak

idziemy bracia
do kiosku ruchu
wody brzozowej
butelek rząd

nie można tak tracić życia
trzeba z żywymi do przodu iść
ale czy oni
wezmą nas z sobą
bo przecież-
-każdy z nas
to trup

DJ


DJ

przychodzimy nad ranem
kran dalej kapie
to samo łóżko
z nową twarzą
wygląda bosko

mechanicznie zmieniam płyty
otwieram butelkę
kolorując złudzenia

pukamy się do czwartej
w przerwach na siku
trochę dymu
lampka wina

wraz z naftą
gasną tematy
resztkę ciepła
wcieramy w ciała

do południa
wyczarujemy z fusów
niezgodność charakterów

nie patrząc w oczy
zamieciemy pod dywan
stertę rozczarowania

jak zwykle
nacisnę stop

trzask w głośnikach
zagłuszy kroki za drzwiami

sąsiadka krzyknie przez ścianę

kurwiarz i pijak

wysmaruję jej klamkę gównem
rozkocham

po ślubie
wyrzucę w pizdu
te płyty

naprawię kran
posadzę drzewo

niedziela, 27 listopada 2011

NAD WISŁĄ

mogiły bohaterów
pozostały bezimienne
porosną smutnymi datami
w nieśmiertelnych kalendarzach

kolejne drzewa
starte na papier
spłyną żywicą

cichą modlitwą
w stukocie czcionek
krwisto czerwonych nekrologów

szyderstwo śmierci
w bezbronnych oczach

dla jednego oddechu
drzwi dzwignęły symbole

próg był relikwią

dom
Ojczyzną

jeszcze tylko ten Krzyż

i te matki
w niemodnych beretach

ością stoją

na drodze do wolności
podeptane róże
i słoma

czwartek, 17 listopada 2011

Wiersz..

dobrze jest posiedzieć

( oczywiście w barze)

więzienie to inna piłka

brzeszczot do metalu

i takie tam

smutne firanki




barmanka ma piękne cyce

można dostać zeza

między oddechem i piwem


jebnę chyba wódkę

wyłączę wyobraźnię



nalać panu jeszcze

z twoich rąk i truciznę


napisze pan o mnie wiersz



już jesteś wierszem



chodzącą treścią

w zamyśle twórczym

wywołujesz dylemat


czy zalać ci formę

pokochać




czy przejść ponad



w stosunku przerywanym

otworzyć spadochron



Kryśka

Heniek

wtorek, 15 listopada 2011

...na skróty...



sztafeta

zawsze biegałem najszybciej
wciąż pierwszy
najlepszy
wspaniały
lecz chyba słabo trenowałem
w prawdziwym wyścigu
wypierdoliłem się wraz z życiem
na pierwszym zakręcie
na łeb spadło mi małżeństwo
samochód co wiecznie się pierdoli
raty za mieszkanie
rachunki
prąd
telefon

tablice dekalogu
skopały mi rozum
na dodatek córka
oznajmiła że w ciąże zaszła
kurwa
co za życie
codziennie oglądam
podeszwy od spodu

znowu podnieśli ceny paliwa
jutro wzrośnie akcyza
czy wejdziemy w strefę euro
polacy ruszyli do niemiec
czytam ze zwitków gazet
przybitych gwożdziem obok sedesu
spłuczka kieruje je do żródła
szambo
szambo też jest pełne
wywóz gówna
para stów
chuj
mam dość
jutro niedziela
żonka drze się z kuchni

-masz drobne na ofiarę

-tak

jutro sam się położę
wypiję ile dam radę
oddam wszystko
by stanąć na chwilę
świat niech zapierdala
ja nie biegnę
zrywam kontakt

jestem żoną alkoholika
wyznanie na zwitku
wcale się nie dziwię
podcieram tyłek
idę spać
kurwa
zapomniałem spłukać
do szamba
które to okrążenie
w dupie to mam

a żonka

-chcesz seksu

śpij
jutro ci oddam
wszystkie pieniądze
tylko śpij

-zabezpieczyłaś się

-no coś ty
musisz wyskoczyć

kurwa
mieszkam na parterze
jutro niedziela
wysłuchamy kazanie
jak miliony innych
pobiegniemy
do komunii
i komunikanta
przecelebrujemy naszą świętość
zaledwie do ławki
jeszcze krzyżyk na drogę
i start
na golgotę

żonka

-jakie jutro spodnie włożysz
te od garnituru


-nie
dżinsy


-włóż te od garnituru


kurwa
o d p i e r d o l s i ę
krzyczę całym ciałem
nie otwierając ust
komory serca drżą
komórki mózgu zalane krwią
jądra pękły

-dobrze
te od garnituru
śpij

czwartek, 10 listopada 2011

...Na wszelki wypadek...

spadek


dno szuflady
wyłożyłem piętkami
chrupiącego chleba

czas zmienia je w suchary
dla głodnych spadkobierców
myszy i moli

pełnym kieliszkiem wpływam
w ostatni wiersz

z papilarnych linii na szkle
pozostała biografia

reszta stoi pod zlewem
ułożona w chronologiczną całość

spis treści
zamkniętych rozdziałów
zaledwie cztery strony
mojego świata

to wszystko
i para butów

Odrobina motywacji:)




Łaska



zwykły poranek
zaparza kawę
ćwierkanie wróbli
zagłusza łopot skrzydeł
zwiastowanie

kocham cię tato

dobra nowina
bosymi stópkami
rozdeptała resztki
zamyślenia na twarzy

policzki na ustach
i uśmiechu najsłodsze buziaczki
w gilgotkach radości
ciałko pachnące matką

z dziecięcą radością
przekładasz kanapki
i idziesz do roboty
nowo narodzony

Życie...po śmierci




Życie po śmierci

wzięłaś mnie za rękę
prowadząc po swoich piersiach

na każdym skrzyżowaniu
mam zielone

wyszeptałaś imię
inne niż moje

tir rozjechał mi głowę
niczego nie poczułem

teraz przechodzę na czerwonym
z piskiem hamulców
rozdarte chałapy

ślepaku
życie ci niemiłe

niedziela, 6 listopada 2011

Trochę wiary....

pasjonujące pytanie

w krzyku tłumu
światło rozpala czaszkę
zawisłeś bezimienny
nad przepaścią
postronny z pozoru

poszybujesz
za jedynym głosem
który widziałeś
przed złamaniem kolan
z piętnem startym
w obietnicy

czy to ty
a może ten drugi
kruczoczarny element
bez oka
stał prawdą
obok światła

dwa wymiary zła
na tle jednego dobra
i na odwrót
ciągła równowaga tła
co wybrać
to jak gra
w trzy karty
stawką życie
czy rozdaje szuler

Trochę tradycji...

Pijacka kołysanka budzikiem dla obywatela

w ciemnej nocy
wilgotnej ulicy
oślizły bruk
oplutym językiem
liże podeszwy
wysadzonych z siodła
tradycjonalistów

rozkołysane tułowia
niesione promilami
gasną w bladych
światłach latarni
na oddechach
parujących wódą

w rozcinanym zębami neonów
obrazie śmierdzącego miasta
zimny pisk szczurów
szeleści prutą folią
populistycznych czipsów

ze śmietników plugawego życia
histerycznym odruchem
pukają do okien
słowa piosenek

dupy moje dupy
dupy i dupeczki
śpijcie kurwa łachmany
pedalskie
dziady wy
polewaj nie pytaj
my Polacy

środa, 2 listopada 2011

Ciężkie powroty

wycie ulicy
obudziło mnie schlanego
mętny wzrok nie doganiał ostrości
syf powietrza meliny
wgniatał moje ego
w odór pościeli
zlanej wódką
nie wiedziałem
co będzie lepsze
śmierć
czy tkwienie w wegetacji

-ja pierdole
przecież już nie żyje


-nie histeryzuj
wyszło z półświadomości
dasz radę
rusz dupę
usiadłem


przypalając papierosa
przypomniałem sobie
kurewsko piękną
towarzyszkę nocy
spotkaną wczoraj
bez przypadku


-może do niczego nie doszło
rude włosy i jej nagość przeczyły
nie mając na sobie nic
nawet wstydu
powalała
czerwienią ust
dziewczęcą jeszcze twarzą
zmieszaną z rzeczywistością
kotwiczyła mój stan
upojenia





-spierdalaj do domu
poganiany rozszczepioną jażnią
ubrałem się
uciekając przed spojrzeniem z lustra
wczołgałem się w życie
bukietem kwiatów
napiętnowany
mijając litościwe uśmiechy
podobnych sobie robali
wracałem


-ty pijaku
wyłkała żona
stawiając na stole
talerz gorącego rosołu
pachnącego rodziną


-ależ ona cierpi
chwilowa trzeżwość
wali po ryju
na odlew


-słony ten rosół
kocha mnie jeszcze
czy to jej łzy
utopione
w kółkach tłuszczu
domowej zupy
próbują obudzić sumienie
rozkołysane między udami
rudego anioła

wtorek, 1 listopada 2011

Wspomnienia:)

Wspomnienia..Zawsze wracają wywołane,jakimś ulotnym impulsem..Czymś zupełnie nie zależnym od nas,nie przewidywalnym..Na przykład dzisiaj,choć były już wcześniej ,zauważyłem żółte kwiaty mleczu w trawie Rozgościły się już,jakiś czas temu,lecz dopiero teraz, przywołały obrazy z przeszłości.Przeszłości bardzo odległej,gdy będąc jeszcze ,prawie pacholęciem,hasałem po łąkach. Nasza wieś tętniła życiem.Krowy cieliły się,maciory prosiły,pieczarki leżały na na łąkach,takimi łachami,iż nie było gdzie,zrobić kupy,by nie zgrzeszyć .Ludzie zbierali koszami,jagody,jabłka,gruszki.Baby robiły pranie,na kładkach przepływającej rzeki.Moim ulubionym,no i nie tylko moim zajęciem ,było "pławienie" się ,wówczas w rzece.Na... plecach pływałem..,na brzuchu...,biłem nurki..,byle by tylko zerkać na rozdygotane piersi praczek ,naszej wioski.Płócienne koszule,nieraz, bardzo zmoczone,odsłaniały przepiękne widoki..Piersi bardziej doświadczonych,praczek,po prostu wpadały do wody,nieskrępowane żadnymi normami wstydu..te uwielbiałem najbardziej.Najgorsza to była Kryśka.Zawsze mnie przeganiała,gdy podpływałem za blisko,a było na co patrzeć.Na jej widok,mój" szczupak" zamierał w bezruchu,wyprężony jak struna do granic możliwości.Serce waliło ,jak młot mojego ojca. Oczy wyłaziły mi z orbit,tak jak jemu przy porannych wymiotach.Lecz ja ,nie charczałem,ja po prostu drżałem,łowiąc w umysł te ulotne chwile..

-pójdziesz ty mi stąd.. kurwa...zboczeńcu mały-jej głos wyrywał mnie z odrętwienia otwartej japy.-dla ojca pomagać,konie kuć,a nie mi tu gały wytrzeszczasz..pokajańcu..
A jej głos niósł się rzeką- już cała wioska wiedziała,że to Krycha pierze..

-Wacek!!Wacek!!.do domu?-wołała mnie siostra

-Zaraz..zaraz -odpowiadam,zbierając się niechętnie. Kryska wówczas zadowolona,jakby na złość jeszcze bardziej,trzęsła cycami..

Idziesz!!!czy nie idziesz?-ponaglała siostra,bo jak tato przyjdzie po ciebie...

-idę..kurwa idę-mruczałem do siebie pod nosem
Kryśka ,wówczas patrzyła na jeszcze wyprężonego "szczupaka",który szarpał się na uwiężi natury,nim opadł w siatkę majtek.

-W ojca poszedłeś...śiuraku,jak dorośniesz to całymi dniami tylko o dupach będziesz myślał...baby zadowolone będą...Świnski ogonie..
-dla ojca powiedz...Koń okulał..-on będzie wiedział co zrobić...i tak co pływanie pierdoliła mi jakieś farmazony z ich zagrody,a ojciec mój- Zenon ...dużo roboty miał u nich...Siostra zawsze,mnie wołała.. Kryśka prała..wszystko płynęło wraz rzeką...Piękne czasy..


-Wacuś!chodż do domu!-usłyszałem głos żony.Co ty tam robisz na trawniku?Zgubiłeś coś?

-Idę,idę...-odpowiedziałem, patrząc na jej stęsknioną twarz.

-lecę,-zamruczałem jeszcze do siebie,czując jak mój "szczupak",obudzony wspomnieniami,zgłodniały,wyprężył się na widok "błystki"jej zwiewnej pupy.
.
-Panie Wacku?Panie Wacku?-głoś sąsiadki z za płotu,-Bocian wypadł z gniazda!!!!
-Kurwa..znowu?-.pomyślałem

-A co ty ornitolog jesteś?-zapytała żona,ocierając się o "szczupaka",a w ucho wyszeptała:-naffffaszerrrooowaaanyyyyy...?-Czy może wolisz bym obtoczyła go w dzwonki?

Nie..pomyślałem..W dzwonki obtoczy Lucyna...z za płotu...

Pomazaniec

napiszę dla tych
co umarli
nie wierząc w gwiazdy
z pogardą na twarzy
patrzyli nam w oczy

ściętych drzew
i dżemsów dinów
już nikt nie wskrzesi
zostało słowo
śpiące w ziemi

porośnie drzewem
samotnego milczenia
obsypując wędrowców kwiatem

i dla tych napiszę
co jeszcze żyją
popłyną z nurtem
rzeki bez powrotu

ławice zdechłe
próżnej myśli
i skrzela bez oddechu

oprócz piany
fałszywej tożsamości
utoną w trupach
sztucznych wytworów

i dla siebie napiszę
pierdole ławice
wolność smakuję
jak początek życia
na pewno nie jeden
bochenek chleba
złoże w ofierze
pustemu stołowi
nakarmię nadzieją
z rondelka rozpaczy
słowami pływającymi
w pustych okach nietłustości
powierzchownej prawdy

Panie-podano
niemowlę
na twoje podobieństwo

Przegrani

na stole flacha
pijani siedzimy
śledz leży wbity w ceratę
z groszkiem na głowie
klipsach papryki
zastygł w bezdechu
nic już nie powie

i tylko ja
młody anioł
w zniszczonym fraku
poety

aniele kurwa
przyjacielu mój
codziennie ten sam stół
ta sama wóda
kieliszki i chleb
nocne rozmowy
bezsensu
czym kiep?
Aniele-help?

anioł spojrzał na mnie
mętną tęczówką oka
po stole pojechał
na pięcie
i woła do śledzia

poeto upadły
mówię ci wstań
lecz nie idż za mną
anioły nie lubią aniołów

wtem śledz podniósł głowę
i beknął gromko
bądż pozdrowiony
a groszek zielony
wypadł mu z włosów

uniósł go w palcach
i włożył mi w rękę
drzyj zelówy i wypad
pisz wiersze o kurwach
zauważ syfa
życie jest ciężkie
reszta to lipa

o dzieciach głodnych
matkach bez grosza
ojcach menelach
i wódzie
pamiętaj na końcu
pozostaw puentę
nadzieje ktoś znajdzie-
-podniesie

chroń nas
od nieszczęść

aniołów i śledzi
już nie ma
zapili się
w trzy dupy
nie licząc groszku
gorbaczow i gogol
stoją na stole
lermontow umarł na kiłę

spierdalaj od nas w pośpiechu
jeśli ci życie miłe

sobota, 29 października 2011

Alpinistyka....

Bilecik z nocnej szafki




dziś o poranku
codziennym zwyczajem
rozwalasz moją psychikę
ciśnienie podnosząc
lepiej niż kawa

potokiem słów
tłoczysz w mój umysł
głupie pieprzenie
miłości niespełnionej
związkiem z facetem
nie tym co trzeba

nocą pływasz
na falach uczucia
ulegle pozwalasz
wyciszyć burzę

z dzikością tornada
na twoich biodrach
rozrywam w strzępy
nawałnice pożądania

tym wścieklej
kocham

coraz głębiej
mocniej

co noc
Mount Everest

piątek, 28 października 2011

"Zapite" drzwi

wspomnienie


patrze przed siebie
mimo że łąki zielone
i lasu w oddali szary dach
to obraz w żrenicach
nie piękny krajobraz
lecz przeszłości mapa
przebytych dróg

i chciałbym krzyknąć
w niebiosa
po chuj mi to wszystko
tułaczej wędrówki los
upadki i wzloty
pod wozem i na wóz
dziś z tą
jutro z tamtą
bawię się w dom

a ta pierwsza
najpiękniejsza

i twarz
i miłość
i droga

Oj,dupy...dupy







pragnienie miłości



dziś naga usiadłaś
na klawiaturę
i słowami
mam już dość

twojego pisania i chlania
zajmij się dzisiaj mną
napisz w końcu wiersz
o ustach co pragną
umrzeć co dzień

na moich piersiach
pisz piórem pocałunku
rozpierdol mnie całą po fundamenty
i nowy połóż kamień węgielny
pod miłość

tak cię kocham
odszczepieńcu

oderwany od świata
wariacie

jesteś mój
aż do trumny
i wbiję ostatni gwóżdż
a grabarz zasypie
któreś z naszych ciał
tyle lat
rozkochanych

a tacy młodzi
byliśmy
w parku alejkach
pierwszy niewinny pocałunek
gdzieś przy klonie
podniosłeś liść

ucałowałeś
szepcąc
najdroższa
weż złotą miłość
z mych rąk

Tam nie ma mostów...i drugiej Irlandii nikt wam nie zbuduje...

Z pamiętnika emigranta-
totalnie poczochrany życiem z grzebieniem szczerbatym zdycham na jakimś zadupiu z braku laku wspominam przeszłość rumuńskie księżniczki bzykane w burdelu i szczere zapewnienie alfonsa -tylko sam Wasilijas ich dymał do dziś się uśmiecham widząc jego poważną minę skurwysyn to był dopiero goguś pamiętam polaka na cyku z reklamówką zakrwawioną świńskim ryjem na galaretę i paru zapitych co już nigdy nie wstaną zobaczyć rodaka i mieć jakiś wybór nierealne marzenie nawet etiopia cię nie przyjmie a on kutas pozna cię z daleka chałapa rozdarta i te jego ziomuś- -masz fajki ziomuś!? pierwsza myśl wywalić mu parę lodów na łeb żeby spłynął na chodnik upierdolił się we własnym moczu a druga że może to Jezus więc dajesz mu dolara on odchodzi i chuj sobie myśli świat jest pełen frajerów

Lubisz poniedziałek?

Poniedziałek lekarstwem na niedzielę



urwany film wczorajszej libacji
otwiera opornie archiwa pamięci
stop klatki ubrane na cebulę
nakładają się na siebie
od dupy strony

trzęsienie ziemi dudni w głowie
przymus bezwzględny
wybiec do wyjścia na świat
pierwszy problem wali w nos
na dzień dobry niewłaściwym pinem
blokuje bankomat

kurwa
kolejka niecierpliwych
zirytowanym wzrokiem biczuje plecy
mam ich w dupie
najważniejsze kupić pół litra
papierosy i kawę
podstawowe artykuły
odwróconych wartości

uczucie szczęścia
wypełnia po brzegi reklamówkę
nie było w aptece kolejki
weteranów i kobiet w ciąży
farmaceuta bez zdziwka
wydał mi ze stówy
garść drobniaków
i dwa banknoty
będą szeleścić parę godzin
nim szeptucha wypisze
następną receptę

pośpieszny powrót do domu
labiryntem znanej drogi
jeszcze zośka postawi dozowniki
i rura do dechy gaz
miniemy opłotki poranka
patrząc na siebie bez wyrzutów
zaleczymy nieuleczalną
infekcję z młodych lat

uśmiechem w chorobie
toastem witam dzień
Zocha!Dupo ty moja!
twojego męża zdrowie!

no co?
nie ta dziurka?
-żartowałem
klepię ją w plecy

nic tylko pogratulować

Kadry pergaminowanego aniołka


Kadry pergaminowego aniołka


Tłum pijaków pod sklepem,
rozwałkowane twarze.
Rak płuc. W szalonym pluciu.
Ścieli się bregdensem na chodniku
młody starzec.Padaczkowy rytm.

Pierwszy rzut.Godzina świtu.
Następni kładą łby. Na stole
butelki i kipy w symbiozie.
Szukają miejscówki do snu.

Rzut drugi.Obiadowa pora
przychodzi ostatnia.Matka
jednego ciągnie za łeb.
Spojrzenia zazdrości.Przykryte
ironicznym uśmiechem.Maska
twardości ukazuje łzy.Dziecko
wpatrzone w obrazy nędzy.Prosi
się świnia sąsiada.Kup mu lizaka.
Pergaminowy aniołek odszedł
z niczym.Niezmącona codzienność.

Rzut trzeci.Powrót ojca.Potworny
smród.Modlitwy o ciszę bez odbioru.
Skrzydła anioła tracą piórka. Każdej
nocy inna bajka zabiera marzenia.

Dziewczyny z krainy bajek...

nie ma Romea i Juli


noc ci wpina
gwiazdy we włosy
księżyc srebro
na usta kładzie
w pocałunkach przemierzam szczyty
gorących piersi zmysłowe wulkany

patrzysz na mnie
z uśmiechem mówiąc
przestań pieprzyć
te głodne kawałki
dobre dla dziewczyn
z krainy bajek

chodz i zrób robotę
porządnie mnie przeleć
Dokładnie!
raz przy razie!

ty mój poeto

Ooooooo!
teraz rozumiesz?

prawdziwy wiersz!

recytujmy
inwokacja już była

Spacerkiem po parku....

Spotkanie z nieznajomą spotkaliśmy się przypadkiem wieczorową porą na pustym chodniku resztki lata niosłaś na stopach wysoki obcas dodawał smukłości nieziemsko zgrabnym nogom w twoim wzroku płonęły ogniki a usta koloru jarzębin malowały obrazy uśmiechu połyskując zmysłowością wilgotnych warg wziąłem cię za rękę i szliśmy obok siebie gorączka oddechów magnetycznym biciem serc sięgnęła apogeum przy parkowym drzewie oparta o pień wyszeptałaś weż mnie w zapomnieniu nie pytaj o imię tak po prostu wypełnij pustkę pod pajęczą sukienką w mojej dłoni płonęło jej łono drżące ciało stapiało się w jedność na tropikach piersi i chłodzie krągłych pośladków kreśliłem współrzędne paraboli lotu wbrew logice czasoprzestrzeni wzniosła się na wyżyny galaktycznego pożądania międzygwiezdnej podróży słowo-Rżnij! nabrało nowego intymnego znaczenia ona oparta o pień brzozy i ja rozpalony ekstazą wystrzeliłem w kosmos miłosnego szczytowania srebrzysty warkocz komety halleya przy tym to pikuś po achach i ochach w delikatnych pocałunkach uściskach dłoni -chwila ciszy Burza braw! tak! to pijany menel zbudzony opodal klaszcze w dłonie ja pierdole to była jazda łyknął wino i położył się spać zadowolony z kina a my? a my zrobiliśmy to jeszcze raz pod innym drzewem w innej pozycji 69 ? wszystko możliwe :)

Życie....

Skazany na Shawshank z miejskich pól południa krokiem niewolnika wracam do chaty biczowany uliczną reklamą nucę work songi krok dalej półnaga diva zachęca żony przebrane za panny do kupna wibratorów strefa lasów sromotnikowych płonie strażackie sikawki wymiękły podwiązane nasieniowody ograniczonych możliwości pokornie zakraplać czy wyskoczyć oknem zestresowany sam już nie wiem co robić z witryny kiosku goła mucha rozstrzelała z CKMu pół chodnika męskich twarzy przetrwali jedynie członkowie ruchu oporu i ja osiedlowy redaktor piwnicznej gazetki ściennej druga połowa żeńskich pasztetów bez atrybutów kobiecości w ofercie wzięła ją na bagnety zazdrosnych oczu w domu nakręcą machinę kłamstwa lawiną żądań i terrorem wymuszą odpowiedz -kochanie jak ci się podobam? -piękna jesteś! (zjadłaś tylko dwanaście kotletów!) poniesie echo w eter próżnej głowy bez mrugnięcia okiem z grymasem uśmiechu na twarzy zawyje dusza nocą listopadową rewolucyjnym nastrojem spontanicznym odruchem zawracam na pięcie kupuję loda z dodzią ciężki karabin maszynowy pół litra i cztery piwa teraz zastrzelę żonę i teściową jedną gazetą z pełnym wzwodem pierdolnę flachę i cztery piwa spokojnie odwrócą role Ziemniaki obrane?! To ruszyć dupy i wynieść śmieci! bastylia zdobyta jaja dudnią jak dzwony republika czy reżim kadafiego Wybierać!

Dupy,moje dupy,dupy i dupeczki

krzyki pijaka kołysanką dla obywatela

w ciemnej nocy
wilgotnej ulicy
oślizły bruk
oplutym językiem
liże podeszwy
zapijaczonych butów
na koślawych nogach
niesionych promilami
rozkołysany tułów
okryty bladym
światłem latarni
gaśnie na oddechu
parującym wódą

rozcinany zębami neonów
obraz śmierdzącego miasta
szeleści prutą folią
zimny pisk szczurów
zmieszany z wyciem
bezdomnych psów
tonie w pijackiej piosence
niesionej krzykliwie
do okien

dupy moje dupy
dupy i dupeczki
śpijta kurwa łachmany
pedalskie
dziady wy
polewaj nie pytaj
my polacy